7 lutego 2014

sweater weather

Sesja pochłonęła mnie całkowicie. Niby ostatnia w moim życiu, ale też najbardziej wymagająca. Nie zauważyłam nawet kiedy zima przemieniła się w przedwiośnie. Nie zdążyłam też opublikować kilku postów. Między innymi tych zdjęć.



28 stycznia 2014

Łódź Street Food Festival




W poprzednią niedzielę w Łodzi odbył się Street Food Festival. Gdy tylko się o nim dowiedziałam, to zacierałam rączki i tuptałam nóżkami (co mi się później przydało - miałam wprawę i w trakcie stania w kolejkach mogłam się ogrzać odrobinę) oraz planowałam sobie co tam ciekawego spróbuję. Strefa festiwalu została podzielona na dwie części: w pofabrycznym budynku, w którym aktualnie znajduje się kryty skatepark, zebrały się łódzkie restauracje, z kolei na podwórzu zatrzymały się food trucki. Organizatorzy nie spodziewali się tak dużego zainteresowania, przez co tłok był przeogromny, nam jednak udało się rzucić okiem na większość stoisk i wybrać coś pysznego.





Największym zainteresowaniem cieszyły się burgery. Nawet godzinne stanie w kolejce na naprawdę przeogromnym mrozie nie stanowiło problemu. My zdecydowaliśmy się na klasyczną kanapkę od Bobby Burger i ani trochę nie byliśmy rozczarowani. Pyszka!



Fanką currywurst jestem od kiedy w dzieciństwie odwiedziłam naszych zachodnich sąsiadów - jadłam ją za każdym razem, gdy tylko byłam w Niemczech. Dzięki Wurst Kiosk Wagen miałam możliwość zjedzenia jej po raz pierwszy od kilku(nastu) lat. No nie mogłam podarować sobie takiej okazji. Szczególnie, że podawana była z belgijskimi frytkami.



Z kolei w ramach próbowania czegoś nowego zdecydowałam się na pitę z hummusem i falafelem. Przyznam, że bardzo mi posmakowała i chętnie wciągnę ją raz jeszcze. Muszę pamiętać o HummusBar, gdy będę wizytować Warszawę.



10 stycznia 2014

what does the fox say?



Mój B. nieczęsto jest zadowolony ze zdjęć, tak jak było w tym przypadku. Od razu po ich zrobieniu zabrał się za obróbkę, dopieszczał je odrobinę i już, lada dzień, były gotowe do publikacji. Nawet zastrzegł mnie, że mam napisać coś błyskotliwego, żeby cała notka była dobra. I jak tu sprostać takiemu zadaniu, gdy mi na usta (i pod palce) ciśnie się jedynie Ring-ding-ding-ding-dingeringeding! na przemian z Hatee-hatee-hatee-ho!?

Potrzebowałam kilku dni, aby wrócić do życia i znów być w stanie normalnie komunikować się z ludźmi, odbierać informacje, przetwarzać je w mojej głowie i reagować. Przez około trzy tygodnie zorganizowałam sobie zresetowanie mózgu i nie wymagałam od niego za wiele. Czas przed i po świąteczny (włącznie ze świętami) poświęciłam na odpoczynek, czytanie, oglądanie filmów. Poza rozmowami z osobami bliskimi nie kontaktowałam się z nikim, nawet wirtualnie, przez co powrót na uczelnię był lekkim szokiem (po którym przespałam resztę dnia). Całe szczęście plan zajęć umożliwił mi stopniowy powrót do normalności i dziś mogę stwierdzić, że jestem.

W czasie nicnierobienia miałam podsumować miniony rok i stworzyć plany na nowy, jednak nie za bardzo mi to wyszło. Okazało się, że myślenie też może męczyć i sobie odpuściłam. Poza tym, po tym jak wdrożyłam sobie zasadę "jeśli coś zajmuje mniej niż dwie minuty, to zrób to od razu" tak o, z dnia na dzień (i stosuję ją do dziś), jestem przekonana, że wszystko jest możliwe i to w każdym momencie. Wcale nie jest potrzebna jakaś magiczna data, fajerwerki, czy poniedziałek. Ćwiczyć też zaczęłam (ponownie) przedwczoraj, a nie pierwszego. W tym czasie udało mi się też wyjść na spacer. I stąd zdjęcia.






PS. A ja jak ten lis, w chaszczach.